top of page

Dzieci wyfrunęły. A co teraz ze mną? O pewności siebie, strachu i zaczynaniu od nowa...

5 days ago
5 min read

Nie wiem, jak dokładnie będzie wyglądał kolejny rozdział i nie chcę tego wiedzieć.
Nie wiem, jak dokładnie będzie wyglądał kolejny rozdział i nie chcę tego wiedzieć.

O pewności siebie pisałam już nie raz. Był o niej podcast, był artykuł na blogu, były rozmowy, ćwiczenia i całe godziny zastanawiania się nad tym, dlaczego tak często nie wierzymy w siebie, mimo że obiektywnie mamy ku temu wiele powodów.

Dziasiaj chcę wrócić do tego tematu, bo jestem w takim momencie życia, w którym pytanie o pewność siebie nabrało dla mnie zupełnie nowego znaczenia.


Dzieci wyfrunęły z domu.

Każde z nich rozpoczęło swój własny rozdział. Nowe miejsca, szkoły, ludzie, doświadczenia. Każde trochę dalej ode mnie, a jednocześnie dokładnie tam, gdzie powinno być, na swojej własnej drodze. A ja? Ja zostałam z większą ilością ciszy, czasu i przestrzeni.

I po raz pierwszy od bardzo dawna ta przestrzeń jest naprawdę moja.


Kiedy nagle masz więcej czasu dla siebie

Przez lata moje życie było w ogromnej mierze zorganizowane wokół dzieci. Ich szkoły, treningi, zawody, wyjazdy, przyjaciele, problemy, sukcesy, zdrowie, codzienne miliony małych i dużych spraw. Oczywiście miałam swoje zainteresowania, pracę, projekty i marzenia. Nigdy całkowicie z nich nie zrezygnowałam. Ale prawda jest taka, że przez wiele lat to dzieci były centrum mojego życia.I chyba właśnie dlatego ich wyfrunięcie jest jednocześnie tak wzruszające i tak niezwykłe.

Bo nagle pojawia się pytanie: Co teraz zrobię z tym całym miejscem, które się pojawiło? I moja odpowiedź brzmi: chcę je wypełnić sobą.

Nie dlatego, że chcę przestać być mamą. Wręcz przeciwnie. Nadal jestem mamą i zawsze nią będę. Tylko teraz jestem mamą, która ma trochę więcej czasu na własne życie.

Na pracę.

Na projekty.

Na pisanie.

Na podcast.

Na Single Mom Mess.

Na sport.

Na podróże.

Na ludzi.

Na nowe pomysły.

Na rzeczy, których jeszcze nawet nie wiem, że będę chciała spróbować.

I właśnie w tym momencie wraca do mnie temat pewności siebie.


Niby wiem, ile jestem warta

To jest chyba najbardziej paradoksalne. Dzisiaj naprawdę znam swoją wartość. Wiem, co potrafię. Wiem, jakie mam doświadczenie. Wiem, ile rzeczy zrobiłam, ile razy zaczynałam od początku i ile razy podnosiłam się po sytuacjach, które wcześniej wydawały mi się końcem świata. Lubię siebie. Znam swoje mocne strony. Znam swój potencjał. Mam mnóstwo pomysłów i nadal jestem ciekawa świata.

A jednak…wciąż się boję.

Czasami boję się, że coś znowu nie wyjdzie: nie będę wystarczająco dobra, ktoś mnie oceni, podejmę złą decyzję, zacznę coś nowego i po drodze stracę siebie.

I chyba właśnie to najbardziej mnie w sobie zaskakuje, bo ile jeszcze razy można wątpić, czy dam radę...


Czasami tęsknię za dawną Madzią, która chyba mniej się zastanawiała.

Po prostu robiła. Rzucała się w życie z otwartymi ramionami, popełniała mnóstwo błędów i jakoś szła dalej. Nie analizowała wszystkiego. Nie zastanawiała się tak długo, co pomyślą inni.

Nie potrzebowała mieć pewności, że coś się uda, żeby spróbować.

Czasami bardzo chciałabym ją znowu spotkać. Tę dziewczynę, która miała w sobie więcej spontaniczności i mniej strachu.


Ale jestem już inną kobietą.

Mam za sobą doświadczenia, których tamta Madzia nie miała. Mam dzieci, które dorosły. Mam za sobą związki, rozstania, sukcesy, porażki, rozczarowania i mnóstwo lekcji, których nie da się nauczyć z żadnej książki. Nie chcę więc odzyskiwać dawnej siebie, chcę stworzyć kolejną wersję siebie: mądrzejszą, ale nadal ciekawą, świadomą, ale nie sparaliżowaną analizowaniem, doświadczoną, ale nadal gotową próbować.


Nawet tenis przypomina mi, czym jest pewność siebie

Ostatnio bardzo mocno widzę to na korcie. Gram w tenisa. Trenuję. Biorę udział w turniejach. Wiem, że potrafię grać. A mimo to podczas meczu nadal paraliżuje mnie stres.

Gram dobrze na treningu, a kiedy przychodzi mecz, nagle zaczynam myśleć za dużo.

Pojawia się napięcie, presja i pytanie: czy ja naprawdę potrafię wygrać?

I nadal nie wygrywam ....

To właśnie tenis bardzo dużo mnie uczy, bo przecież pewność siebie nie może oznaczać, że wychodzę na kort i niczego się nie boję. Może chodzi o coś zupełnie innego.

Może pewność siebie oznacza:

„Boję się, ale wychodzę na kort.”

„Nie wiem, czy wygram, ale gram.”

„Mogę popełnić błąd i nic strasznego się nie stanie.”

„Mogę przegrać mecz i nadal być tą samą osobą, którą byłam przed meczem.”

To niby oczywiste. A jednak jak trudno czasami naprawdę w to uwierzyć.


Nie chcę już czekać, aż przestanę się bać

Mam wrażenie, że przez dużą część życia myślimy o pewności siebie jak o stanie, do którego trzeba najpierw dotrzeć.

Jak będę bardziej pewna siebie, to zacznę.

Jak będę wiedziała, co robić, zacznę.

Jak będę miała więcej doświadczenia to spróbuję.

Jak przestanę się bać to ruszę.

A może jest dokładnie odwrotnie?

Pewność siebie powstaje w trakcie działania. Nie przed.

Każdy raz, kiedy robimy coś pomimo strachu, jest małym dowodem dla naszego mózgu: hej, jednak potrafię.

Każdy błąd, po którym się podnosimy, uczy nas, że porażka nie jest końcem.

Każda sytuacja, w której przestajemy przejmować się cudzą opinią, pokazuje nam, że możemy żyć bardziej po swojemu. Tego chcę teraz dla siebie.


Dzieci zaczynają swoje życie. Ja też zaczynam nowy rozdział.

To jest chyba najważniejsza rzecz, którą chcę sobie przypomnieć. Nie jestem „mamą, której dzieci wyjechały”. Jestem kobietą, która właśnie weszła w kolejny etap swojego życia.

Tak jak moje dzieci mają swoje nowe początki, ja również mam swój.

Chcę wrócić do pracy.

Chcę rozwijać stare projekty i tworzyć nowe.

Chcę pisać.

Chcę rozwijać Single Mom Mess.

Chcę tworzyć rzeczy, które mają dla mnie znaczenie.

Chcę grać w tenisa i przestać przeżywać każdy przegrany punkt jak osobistą tragedię.

Chcę podróżować.

Chcę poznawać nowych ludzi.

Chcę mieć nowe doświadczenia.

Chcę się realizować.

I przede wszystkim chcę sprawdzić, co jeszcze mogę zrobić z tym życiem.

Nie wiem, jak dokładnie będzie wyglądał kolejny rozdział i nie chcę tego wiedzieć.


Pewność siebie nie musi być głośna

Może przez lata źle ją rozumiałyśmy. Może pewna siebie kobieta wcale nie musi być tą, która zawsze wie, czego chce, nigdy nie płacze, nie wątpi i bez problemu wchodzi do każdego pomieszczenia z przekonaniem, że jest najlepsza. Pewność siebie jest dużo bardziej cicha.

To może być świadomość:

Nie wiem, co się wydarzy. Ale sobie poradzę.

Nie muszę wiedzieć, czy projekt odniesie sukces.

Nie muszę wiedzieć, czy ktoś mnie polubi.

Nie muszę wiedzieć, czy wygram mecz.

Nie muszę wiedzieć, czy podjęłam idealną decyzję.

Wystarczy, że wiem, że nawet jeśli coś pójdzie nie tak, nie stracę siebie.

I chyba właśnie takiej pewności siebie chcę się teraz uczyć. Nie tej, która mówi: niczego się nie boję. Tylko tej, która mówi: „Boję się. Ale idę dalej.”


Chyba czas wyfrunąć razem z dzieciakam


Moje dzieci lecą w swoje życie. Ja również chcę polecieć w swoje. Nie z ich życia.

Nie od nich. Tylko trochę bardziej do siebie. Do swoich marzeń, pomysłów, pasji i możliwości.

Do tej części mnie, która przez lata może nie zawsze była na pierwszym miejscu, ale nigdy nie zniknęła. I właśnie teraz jest dobry moment, żeby dać jej trochę więcej przestrzeni.

Nie wiem, czy będę odważna każdego dnia. Pewnie nie. Pewnie jeszcze nie raz zwątpię, przestraszę się, odpuszczę coś, popełnię błąd albo przegram mecz, który bardzo chciałam wygrać. Ale chcę pamiętać, że pewność siebie nie polega na tym, że wiem, że wszystko się uda. Polega na tym, że wiem, że poradzę sobie również wtedy, kiedy nie wszystko się uda.

Dzieciaki, lećcie. ❤️

Ja też mam jeszcze kawałek życia do przeżycia.

I tym razem chcę go przeżyć naprawdę po swojemu.


Z miłością,

Magda

 
 
 

Comments


bottom of page